Drewno jest największym bogactwem naturalnym Kanady. Jest wszędzie.
Z samolotu widać wyłącznie lasy.
Głównymi rzekami spławia się bale do tartaków na wybrzeżu. W portach British Columbia zgromadzone są ogromne ilości drewna przygotowanego do transportu do Japonii i Korei Południowej, gdzie technologia lekkiego szkieletu drewnianego robi prawdziwą furorę.
W każdym mieście jest kilka dużych składów drewna budowlanego, a prawie każdy Kanadyjczyk potrafi bez niczyjej pomocy zbudować dom. Z drewna oczywiście. Większość nowych osiedli buduje się z „patyków”. Jednocześnie coraz więcej Kanadyjczyków uważa, że powinno się wprowadzić restrykcje i pozyskiwać mniej drewna niż obecnie. Przynajmniej dla budownictwa.
To właśnie w Kanadzie, o czym wielokrotnie pisaliśmy na serwisie powstał, a następnie zawładnął prawie całym budownictwem jednorodzinnym, szkielet drewniany, najpopularniejsza technologia na kontynencie północnoamerykańskim. Dziś Kanada, podobnie jak większość państw o bardzo wysoko rozwiniętym poziomie świadomości ekologicznej, stoi przed poważnym dylematem. Chodzi mianowicie o to, jak dysponować zasobami drewna. Ile ścinać? Ile eksportować? Potężną sosnę ścina się w kilkadziesiąt sekund. Nowa rośnie kilkadziesiąt lat. W wielu krajach nikt nie miałby podobnych wątpliwości. Przynajmniej tak długo, jak długo na świecie utrzymuje się wysoka cena i popyt na wszystkie gatunki drewna. Inaczej jest w Kanadzie, kraju, w którym na wszystkich banknotach i monetach są obrazki z życia dzikich zwierząt, i w którym opracowano chyba najlepsze na świecie zasady rekultywacji lasów.
Miarą stosunku Kanadyjczyków do środowiska naturalnego są dwa zdjęcia z Gór Skalistych. Jedno z nich przedstawia wielką cementownię położoną na terenie parku narodowego – stopień zagrożenia dla środowiska: zero! Drugie – młodego łosia, który z doniczki ustawionej przed domem w centrum Bnaff beztrosko wyjada kwiaty . Cementownia nie ma prawa wypuścić w powietrze ani grama zanieczyszczeń. Na łosia nie wolno nawet krzyknąć. Nie wolno na niego podnieść ręki. Nie wolno przegonić z obejścia. Ma zjeść i odejść w pokoju.
Nowoczesne materiały konstrukcyjne z drewna wysoko przetworzonego są stosowane już na wszystkich budowach. Dzięki nim buduje się jeszcze łatwiej, jeszcze szybciej i jeszcze taniej. Duże firmy budowlane zamawiają w wytwórniach prefabrykowane elementy więźby dachowej, całe ściany wewnętrzne i zewnętrzne. W Calgary, jednym z najszybciej rozwijających się miast prowincji Alberta, są dwie fabryki, które wytwarzają dwuteowe belki stropowe z laminatu fornirowego (stopki) i płyt OSB z wiórów drzewnych (środnik), lekkie dźwigary kratowe i ściany zewnętrzne. Kupują je budowniczowie z sąsiednich prowincji oraz północnych stanów USA. Wszystkie elementy są poddawane bardzo precyzyjnej kontroli jakości.
Dzięki uprzemysłowieniu produkcji i bardzo szybkiemu montażowi elementów na budowie wykonanie stanu surowego zamkniętego osiedla, składającego się z kilkudziesięciu domów szeregowych, trwa kilkanaście tygodni.
Kanadyjczycy bacznie obserwują zmiany, jakie zachodzą na polskim rynku budowlanym. Stopniowy wzrost zainteresowania Polaków technologią szkieletu drewnianego jest dla nich sygnałem, że w Polsce otwiera się atrakcyjny rynek zbytu na drewno, którego jakość jest w Kanadzie nieporównywalnie lepsza niż w Polsce, a także na materiały drewnopochodne oraz na maszyny do produkcji elementów prefabrykowanych.
Rzecz w tym, że powinniśmy pokochać „domy z patyków”. Wyzbyć się obaw i uprzedzeń. Śmielej sięgać po sprawdzone za oceanem technologie. Coraz rzadziej spotykamy się z przekonaniem, że klimat w Polsce praktycznie przekreśla możliwość masowej budowy domów w drewna. Zimy są w USA i Kanadzie mroźniejsze i bardziej śnieżne, a lata cieplejsze niż w Polsce. „Domy z patyków” stoją zarówno u stóp Gór Skalistych jak i na południu USA. Ciągle zapominamy, że w tamtym klimacie utrzymanie niskiej temperatury w domu w lecie jest nie mniej ważne niż ciepła w zimie. Podczas lipcowych upałów w Chicago zmarło (przeważnie we własnych domach) prawie 300 osób.
Współczesne budownictwo jednorodzinne w Kanadzie budzi jednak moje wątpliwości. Generalnie można je streścić w jednym zdaniu:
Tak wielki kraj – i tak gęsta zabudowa
W drugim pod względem wielkości kraju na świecie domy jednorodzinne, nawet duże, stoją w odległości 4 stóp od siebie. Po naszemu – jeden metr dwadzieścia centymetrów.
Oto typowy, mało zachęcający obrazek z przedmieść Calgary. Pusty teren. Oskalpowana, pozbawiona wierzchniej warstwy humusu ziemia. Błoto. W oddali pierwsze domy nowo budowanego osiedla. Tak zaczyna się w każdym mieście budowa nowego przedmieścia. Za kilka miesięcy na tym terenie stanie kilkadziesiąt nowych domów. Budowniczowie zwiną manatki, a ogrodnicy rozścielą trawniki. I będzie jak w folderze. Deweloperzy dzielą teren na małe działki z chęci zysku, by wybudować jak najwięcej domów. Jak najkorzystniej i najszybciej je sprzedać. Po to, by zmniejszyć koszty uzbrojenia (energia, kanalizacja, woda). By tą samą siecią dróg obsłużyć więcej posesji. Podobną politykę stosowano zawsze. Pierwsze osiedla budowane w Calgary 20 lat temu już się spatynowały. Od nowo budowanych różni je jedynie inna architektura. Wysokie drzewa i zieleń rozbiły monotonię zabudowy. Nadały jej szlachetność. Dzięki nim nie ma się wrażenia, że domy stoją tak szalenie blisko siebie.
Za rok, dwa w nowym osiedlu będzie wspaniale. Ale wątpliwości pozostaną. Bo tak naprawdę nikt nie przekona mnie, że domy powinny stać tak gęsto: w Calgary, które oprócz centrum jest płaskie jak naleśnik i szalenie rozlazłe, w Banff, w Górach Skalistych, które wspina się na zbocza i w Montrealu, na Wyspie Sióstr.
Wszystko można policzyć. Zaoszczędzony asfalt, metry bieżące rur. W końcu dolary. Pozostaje jednak kwestia komfortu mieszkania. Nagromadzenie na tak małym obszarze tak wielu domów sprawia, że komfort życia się obniża.
Wyspa Sióstr
To nowe osiedle w Montrealu warte jest osobnej wzmianki. Pokazuje bowiem, jak działa się i reaguje na wszystkie nowe oczekiwania klientów. O jego budowie zaczęto myśleć już w połowie lat osiemdziesiątych.
Rozległy, plaski teren o powierzchni 342 000 m2, położony o rzut kamieniem od centrum Montrealu, był zbyt atrakcyjnym kąskiem dla deweloperów, by nadal mógł być wykorzystywany jako pole golfowe. Początkowo zakładano, że na Wyspie Sióstr powstanie 2110 jednostek mieszkalnych w domach szeregowych i bliźniakach (75%) oraz w małych domach mieszkalnych (25%). Łączna powierzchnia mieszkalna miała wynosić ponad 250 tysięcy metrów kwadratowych. Całą inwestycję rozłożono na siedem lat.
Na Wyspie Sióstr mieszkania kupują przedstawiciele klasy średniej, pracownicy montrealskiego City. Mają bardzo konkretne wymagania. Przede wszystkim chcą mieszkać blisko miejsca pracy, by nie tracić codziennie dwóch godzin na dojazd. Chcą, by wokół domów były tereny zielone, i place zabaw dla dzieci. Chcą mieszkać w mieszkaniach o dobrym standardzie i za stosunkowo dostępną cenę (w tamtym świecie nikt nie „utopi” wszystkich pieniędzy w budowie domu). Szybkie zmiany na rynku nieruchomości, przede wszystkim spadek popytu na nowo budowane małe mieszkania w bardzo gęstej zabudowie, dość szybko wymusiły rewizję planu.
Zdecydowano o zmniejszeniu docelowej liczby jednostek mieszkalnych do 1531 oraz całkowitej powierzchni mieszkaniowej osiedla do 200 tys. m2. Zdecydowano również, że średnia powierzchnia mieszkania wzrośnie ze 111 do 136 m2. W grudniu 1994 roku, po analizie szczegółowych uwag klientów co do planu realizacyjnego oraz rezerwacji mieszkań na lata następne, deweloper zmienił całkowicie strukturę oferty. Niezwykle interesująco ukształtował się popyt na zaplanowane 847 jednostek mieszkalnych. Przedstawia to poniższy wykres.
Cena! Cena! Cena!
Rok temu na łamach „Muratora” porównaliśmy koszt budowy prostego domu w technologii tradycyjnej (ściana warstwowa z cegieł, pustaków ceramicznych i styropianu) i w szkielecie drewnianym. Okazało się, że w Polsce, kraju nie całkiem jeszcze przygotowanym do masowej produkcji dostępnych „domów z patyków”, dom z drewna jest o około 10-15% tańszy od budowanego tradycyjnie. Przypominam, że wiele elementów trzeba sprowadzać z zagranicy lub produkować na zamówienie.
Kalkulację tę wykonaliśmy między innymi po to, by przekonać zaprzyjaźnionych z „Muratorem” inwestorów, że zamiast murowanego opłaca się budować dom z drewna, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć albo na lepsze wykończenie domu, albo na samochód. Naszym zdaniem 15% to różnica ogromna. W przeliczeniu na złotówki oznaczało rok temu prawie 150 milionów złotych (cinąuecento!).
Mimo tak wyraźnej różnicy inwestorzy zdecydowali się na budowę domu tradycyjnego. Raz jeszcze przytaczam ich argumentację. Dla 15% różnicy, a więc 150 milionów złotych (starych) nie warto rezygnować z budowy normalnego domu na rzecz nie sprawdzonej technologii. Nie warto i już!
Gdyby komuś w Kanadzie udało się obniżyć cenę domu o 15 lub nawet o 10% zostałby z dnia na dzień królem rynku. Bez względu na to, czy dom byłby z drewna, stali czy plastiku. Klienci pytają najpierw o cenę, następnie o koszty eksploatacji, ekologię, infrastrukturę techniczną i społeczną osiedla, a dopiero na samym końcu o to, z czego jest zbudowany dom. Mimo ogromnego przywiązania do tradycyjnych metod budowy domów (tradycyjnych, to znaczy… w technologii szkieletu drewnianego) Kanadyjczycy są ogromnie otwarci na wszelkiego rodzaju nowinki, które czynią dom bardziej dostępnym cenowo.
Koszt eksploatacji jest nie mniej ważny. Kanadyjczycy zdają sobie sprawę, że nie warto kupować domu taniego, którego eksploatacja jest kosztowna. Jednorazowa oszczędność się nie opłaca, jeśli przez lata będzie się płacić wysokie rachunki za ogrzewanie. Źle ocieplony dom jest kiepskim towarem, również we wtórnym obrocie. Państwo aktywnie uczestniczy w promowaniu rozwiązań energooszczędnych i ekologicznych, zaś przeciętny Kanadyjczyk bardzo dużo wie o takim budownictwie.
Jeśli więc słyszę od Kanadyjczyka, że koszt budowy jakiegoś domu może być niższy o 15% a koszt eksploatacji o 30%, to oczywiście nadstawiam uszu, bo brzmi to wręcz nieprawdopodobnie. Podobno jest to możliwe, pod warunkiem, że dom będzie
… z PCW
Powiedzą Państwo, że to niemożliwe. Przyznam, że moja pierwsza reakcja była bardzo podobna. Niewiarygodnie brzmi informacja o 30% tańszej eksploatacji. Szczególnie w kraju, w którym w dziedzinie oszczędzania energii w budownictwie zrobiono już niemal wszystko.
Na chwilę wcielę się w skórę zawodowego sprzedawcy domów. Wyliczę, tak jak on by to zrobił, zalety budowy domu z paneli z PCW. Panele produkuje się w fabryce. Układa się je jak klocki lego, rozprowadza instalację elektryczną, wodną i kanalizacyjną, TV, telefon, alarm, system inteligentnego zarządzania, następnie wypełnia betonem. Podobnie wykonuje się stropy i więźbę dachu. Ściany zewnętrze ociepla się styropianem. Grubość płyt zależy od warunków klimatycznych, w jakich buduje się dom. Następnie wykańcza się sidingiem lub cegłą elewacyjną. Cegłą z PCW oczywiście. Dach kryje się specjalną dachówką – również z PCW.
System składa się z ponad dwustu elementów konstrukcyjnych. Ich liczba rośnie lawinowo, w miarę, jak zwiększają się wymagania wobec architektury i detalu oraz rośnie wiedza o możliwościach, jakie stwarza zupełnie nowe wykorzystania PCW w budownictwie. Przypominam, że do tej pory z PCW produkowano przede wszystkim wykładziny podłogowe, rynny i rury spustowe, okna, drzwi, listwy i siding. Teraz z PCW będzie można zbudować wszystko.
Lista zalet
Czas budowy – dwa tygodnie do dwóch miesięcy od chwili rozpoczęcia montażu paneli na fundamencie, zależnie od wielkości domu.
Energooszczędność – w warunkach kanadyjskich dom jest do 30% oszczędniejszy od tradycyjnego domu drewnianego. Jest to możliwe nie tylko dzięki lepszym parametrom izolacyjnym ścian, ociepleniu styropianem, bardzo sprawnemu systemowi ogrzewania powietrznego, ale i temu, że ściana z betonu grubości kilkunastu centymetrów lepiej akumuluje ciepło.
Dowolne wykończenie ścian od wewnątrz i z zewnątrz domu – w łagodnym klimacie można pozostawić ściany z PCW au naturell. Można. Zanim zobaczyłem je w normalnie eksploatowanym domu, w którym ktoś mieszka, kocha się i wychowuje dzieci, zastrzeżenia miałem ogromne. Po zwiedzeniu domu nieco osłabły. Dom można wykończyć od środka suchym tynkiem gipsowym i tapetą lub też nakleić na ścianę siatkę i ułożyć cienką warstwę tynku akrylowego. Od zewnątrz może być otynkowany lub mieć elewację z cegły. Jeśli z zewnątrz i od wewnątrz jest otynkowany, nikt nie pomyśli, że jest z PCW. Nawet typowo polska próba pukania w ściany wypada korzystnie. Są przecież z betonu.
Jest zdrowy! Jest bowiem zbudowany z materiału, z którego robi się elementy do rozrusznika serca, rurki do intubacji.
Jest przyjazny dla środowiska – w toczącej się w USA i Kanadzie dyskusji o przyszłości lasów jest to nowy głos, którego nie sposób nie brać pod uwagę: drewno powinno być używane przede wszystkim do produkcji mebli, wyposażenia i wykańczania wnętrz, nie zaś do wykonania konstrukcji. A ponadto PCW jest materiałem nadającym się do wtórnej przeróbki.
Jest trwały i odporny na najtrudniejsze warunki atmosferyczne. Ostatni huragan na Wyspach Dziewiczych przetrwało niewiele domów. Wszystkie były z PCW.
Bardziej niż rozmowa z zawodowym sprzedawcą, którą starałem się zrelacjonować, przekonuje mnie długa lista wpisów do książki wyłożonej w domu pokazowym, w którym mieszka przeciętna rodzina i mieści się przedszkole dla kilkorga dzieci z sąsiedztwa.
Najbardziej przekonuje, że dom ma wszystkie certyfikaty kanadyjskie i amerykańskie (National Building Code of Canada, Canadian Construction Materials Center, Canadian Mortgage & Housing Corporation, Standard Building Code of the United States). Bez nich w tamtym świecie nie zbuduje się i nie sprzeda nawet jednego domu. Nowa technologia jest odpowiednio namaszczona. Może zdobywać świat.
Ale wątpliwości pozostają. Dla Polaka, który wie, czym było kilkadziesiąt lat betonowej prefabrykacji, hasło: „dom z betonu” nie brzmi zachęcająco. A perspektywa życia w plastiku? Czy niska cena i obietnica bardzo niskich kosztów eksploatacji będą w stanie sprawić, że Polacy zamarzą o domu z PCW? Vic De Zen, właściciel Royal Building Products, laureat bardzo prestiżowej w Kanadzie nagrody „Przedsiębiorca Roku” przyznanej mu w 1995 r. – już buduje fabryki paneli z PCW w kilkunastu krajach. I interesuje się Polską.
Zwiedzanie fabrycznego domu modelowego, zbudowanego obok zakładu produkującego panele, całkiem niezamierzenie kończy się w saunie. Jest wyłożona wspaniałą, cedrową boazerią. Cedr to duma kanadyjskich lasów. Wreszcie pachnie prawdziwym domem! Ale w Toronto dobiega końca budowa dużej fabryki paneli z PCW. Będzie produkowała 14 000 domów rocznie. Część z nich będzie eksportowana do USA. Pod Buffalo wkrótce rozpocznie się budowa osiedla ponad tysiąca domów. Liczy się cena! Liczą się pieniądze! Za 15% procent różnicy w kosztach budowy i 30% w kosztach eksploatacji zapomina się, że Kanada pachnie żywicą. Dziesiątki osób, które w dni powszednie przewijają się przez dom modelowy, interesują się przede wszystkim ceną i terminem budowy.
De Zen marzy o dniu, gdy w RE- VY, ogromnych magazynach, w których można kupić wszystko, co jest potrzebne do budowy i przebudowy domu , obok stoisk z drewnem, obok sosnowych two by four – symbolu kanadyjskiego budownictwa – pojawią się panele z PCW. Bo jego zdaniem przyszłość należy do plastiku. Czy naprawdę?
Najlepiej w nogi …
Po jednej stronie kanału dzielącego na dwie części Vancouver trwa budowa najnowocześniejszego na świecie kompleksu mieszkaniowego. Teren jest tak piekielnie drogi, że domy mają po kilkadziesiąt pięter wysokości. Głównymi inwestorami są Chińczycy, którzy wynoszą się z Hongkongu, bo nie bardzo wierzą władzom Chin, że po przejęciu miasta przez komunistów (co nastąpi w 1997 roku) wszystko pozostanie po staremu. I słusznie. Ja też nie wierzę.
Po drugiej stronie, w starym porcie, cumują pływające domy, zbudowane oczywiście w technologii szkieletu drewnianego. Są bajecznie kolorowe. Aż chce się wierzyć, że pachną żywicą. Masz dość miasta, masz dość teściowej, masz dość PCW, więc wsiadasz do domu i odpływasz. Dobrze, że jest taka możliwość.